W 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej Polacy stanęli pod pręgierzem rosyjskiej propagandy. Musimy udowadaniać, że nie byliśmy sojusznikami Hitlera! Ten fałsz nakłada się na stare mity, które pokutują w utrwalonym obrazie kampanii wrześniowej. Brytyjska BBC ciągle snuje romantyczne wizje ułańskich szarż na czołgi Wehrmachtu.
Legenda polskiego ułana atakującego niemieckie czołgi to chyba najbardziej rozpowszechniony na świecie mit dotyczący inwazji Niemców na Rzeczpospolitą. Obraz ten jest tak zakorzeniony w zbiorowej świadomości Zachodu, że zastąpił w niej walczącego z wiatrakami Don Kichota. Jak to jednak zwykle bywa z legendami, historia ta ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Mitologia września 1939
Wokół kampanii wrześniowej narosło wiele mitów i nieporozumień. Wbrew pozorom Wojsko Polskie we wrześniu 1939 wcale nie było tak zacofane, jak przez ostatnie 70 lat starała się to wykazać najpierw niemiecka, a potem komunistyczna propaganda. Mało kto pamięta dziś, że stając do konfrontacji z III Rzeszą Polacy dysponowali większą ilością czołgów niż Brytyjczycy czy też... US Army.
Powszechnie uważa się, że już pierwszego dnia wojny Luftwaffe zdołała wyeliminować z działań bojowych większość polskich samolotów. Tymczasem na krótko przed wybuchem wojny wszystkie polskie dywizjony przeniesione zostały na dobrze zamaskowane lotniska polowe, a polscy piloci przez pierwsze dwa tygodnie brali czynny udział w walkach. W sumie, pomimo potężnej przewagi liczebnej i technicznej, Niemcy stracili we wrześniu 564 spośród 1300 samolotów, jakie rzucili do boju.
Nie jest więc prawdą, że podbój Polski przyszedł Niemcom łatwo. Znany brytyjski historyk Norman Davies twierdzi nawet, że Polacy stawiali o wiele bardziej skuteczny opór, niż rok później, teoretycznie o wiele lepiej przygotowane do wojny, połączone armie Francji i Wielkiej Brytanii. Trzeba pamiętać, że po kampanii wrześniowej, z powodu poniesionych w Polsce strat, niemiecka armia przez rok nie była w stanie zaatakować żadnego innego państwa.
Mit ułańskiej fantazji
Pewien wrześniowy mit przylgnął do nas tak skutecznie, że nadawałby się na coś w rodzaju polskiego logo. Można go przedstawić za pomocą niezwykle prostego piktogramu. Polska szabla skrzyżowana z lufą niemieckiego czołgu. A proste wzory są przecież łatwe do rozpoznania.
Przyczynił się do tego zresztą sam wielki Andrzej Wajda. W powstałym w 1959 roku filmie „Lotna” reżyser umieścił niezapomnianą scenę, w której widać kawalerzystę szarżującego na niemiecką kolumnę pancerną. Wajda oczywiście wcale nie miał zamiaru ośmieszać bohaterów polskiego września. Ułanem był przecież jego, zamordowany później w Katyniu, ojciec. Mistrz filmowej alegorii w tym jednym desperackim geście zapragnął po prostu zmieścić opowieść o końcu pewnej epoki. Oto polski szlachcic, z szablą w ręku po raz ostatni stawia czoła Złu. Idzie na pewną śmierć, bo rozumie, że nie ma dla niego miejsca w świecie czołgów. Jedyne co może zrobić, to odejść z taką samą fantazją, z jaką jego dziadkowie przegrywali kolejne powstania. Obraz ten w takim stopniu utkwił w zbiorowej świadomości kinomanów na całym świecie, że do dzisiaj na poświęconej historii II wojny światowej stronie portalu BBC można przeczytać, że we wrześniu 1939 roku „12 polskich dywizji to uzbrojona w lance i szable kawaleria, która nie była w stanie poradzić sobie z czołgami”. Ma się to tak samo do rzeczywistości, jak to, że Brytyjczycy samodzielnie złamali kod Enigmy.
Kawalerzyści jak komandosi
We wrześniu 1939 Polska dysponowała 11 brygadami kawalerii, a nie 12 dywizjami. W dodatku formacje te były przeznaczone do zupełnie innych zadań, niż się to wydaje „historykom” BBC.
Już podczas wojny z bolszewikami w 1920 roku polscy dowódcy przekonali się, że wojna pozycyjna, taka jak ta, która skończyła się w Europie dwa lata wcześniej, to już historia. Dlatego też, w czasie gdy nasi sojusznicy, czyli Wielka Brytania i Francja, wciąż ćwiczyli walkę w okopach i przygotowywali się do zastosowania takiej samej taktyki, jak podczas bitwy pod Sommą czy Verdun, polskie wojsko szykowało się do wojny manewrowej, w której najważniejszą rolę miała odegrać umiejętność szybkiego przemieszczania się.
Taktyka, którą stosowali polscy ułani, przypominała bardziej tę, którą obecnie stosuje kawaleria powietrzna. Jedyna różnica polegała na tym, że w 1939 zamiast helikopterów używane były konie. Kiedy żołnierze docierali na pole walki, zsiadali z nich i do boju ruszali na piechotę. Podczas kampanii wrześniowej oddziały te wykazały się bardzo wysoką skutecznością i dzięki swej mobilności wielokrotnie zdołały spowolnić niemiecką machinę wojenną.
Wbrew pozorom polska kawaleria wcale nie była też bezbronna w konfrontacji z czołgami. Ułani wyposażeni byli w polskiej produkcji karabiny przeciwpancerne UR i nowoczesne lekkie przeciwpancerne armaty Bofors 37 mm. Zarówno jedne jak i drugie były w stanie spenetrować bez problemu pancerz wszystkich używanych w tym czasie przez Niemców pojazdów. Wermacht przekonał się o tym już pierwszego dnia wojny, kiedy pod Mokrą jedna brygada kawalerii przez cały dzień skutecznie powstrzymywała całą pancerną dywizję, wspieraną dodatkowo przez Stukasy. W trakcie bitwy Niemcy stracili ponad 1000 żołnierzy oraz 150 czołgów i samochodów pancernych. Polskie straty wyniosły 500 żołnierzy, 5 dział, 4 armatki przeciwpancerne i 300 koni.
W trakcie całej kampanii wrześniowej polska kawaleria ani razu nie zaatakowała konno niemieckich czołgów czy okopanych jednostek niemieckiej piechoty. Kilkanaście razy decydowano się za to na szarżę, kiedy w okolicy odkryto nieprzygotowane do obrony oddziały wroga. Co ciekawe widok nadjeżdżających w pełnym galopie polskich ułanów wywoływał w Niemcach taką panikę, że za każdym razem porzucali broń i ruszali do ucieczki. Ci, którym udało się przetrwać, potem przez wiele dni, wszędzie widzieli nadciągającą polską jazdę.
Narodziny mitu
Najsłynniejsza wrześniowa szarża miała miejsce 1 września pod Krojantami. Polska jazda, przekonana o tym, że atakuje jedynie batalion odpoczywającej niemieckiej piechoty, dostała się pod ogień karabinów maszynowych zamaskowanych samochodów pancernych. W efekcie śmierć poniosło 25 polskich ułanów. Natychmiast po bitwie Niemcy sprowadzili na jej pole swoje czołgi i porozstawiali je pomiędzy ciałami poległych Polaków i ich zabitych koni. Dopiero potem na miejsce zaproszeni zostali dziennikarze, wśród których znajdował się włoski korespondent Indro Montanelli. Przejęty tym, co zobaczył, Włoch „na kolanie” napisał artykuł o tym, jak to bohaterscy i odważni polscy żołnierze z szablami w rękach stawiają czoła niemieckim tankom. Za włoską prasą piękną i chwytającą za serce historię powtórzyły gazety na całym świecie. I tak oto narodził się mit, który 20 lat później podchwycił pewien młody, zafascynowany ideą równości i braterstwa reżyser.
Jakub Ryszko
Z szablą na czołgi
Wtorek, 01 września 2009 11:39W 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej Polacy stanęli pod pręgierzem rosyjskiej propagandy. Musimy udowadaniać, że nie byliśmy sojusznikami Hitlera! Ten fałsz nakłada się na stare mity, które pokutują w utrwalonym obrazie kampanii wrześniowej. Brytyjska BBC ciągle snuje romantyczne wizje ułańskich szarż na czołgi Wehrmachtu.
Legenda polskiego ułana atakującego niemieckie czołgi to chyba najbardziej rozpowszechniony na świecie mit dotyczący inwazji Niemców na Rzeczpospolitą. Obraz ten jest tak zakorzeniony w zbiorowej świadomości Zachodu, że zastąpił w niej walczącego z wiatrakami Don Kichota. Jak to jednak zwykle bywa z legendami, historia ta ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Mitologia września 1939
Wokół kampanii wrześniowej narosło wiele mitów i nieporozumień. Wbrew pozorom Wojsko Polskie we wrześniu 1939 wcale nie było tak zacofane, jak przez ostatnie 70 lat starała się to wykazać najpierw niemiecka, a potem komunistyczna propaganda. Mało kto pamięta dziś, że stając do konfrontacji z III Rzeszą Polacy dysponowali większą ilością czołgów niż Brytyjczycy czy też... US Army.
Powszechnie uważa się, że już pierwszego dnia wojny Luftwaffe zdołała wyeliminować z działań bojowych większość polskich samolotów. Tymczasem na krótko przed wybuchem wojny wszystkie polskie dywizjony przeniesione zostały na dobrze zamaskowane lotniska polowe, a polscy piloci przez pierwsze dwa tygodnie brali czynny udział w walkach. W sumie, pomimo potężnej przewagi liczebnej i technicznej, Niemcy stracili we wrześniu 564 spośród 1300 samolotów, jakie rzucili do boju.
Nie jest więc prawdą, że podbój Polski przyszedł Niemcom łatwo. Znany brytyjski historyk Norman Davies twierdzi nawet, że Polacy stawiali o wiele bardziej skuteczny opór, niż rok później, teoretycznie o wiele lepiej przygotowane do wojny, połączone armie Francji i Wielkiej Brytanii. Trzeba pamiętać, że po kampanii wrześniowej, z powodu poniesionych w Polsce strat, niemiecka armia przez rok nie była w stanie zaatakować żadnego innego państwa.
Mit ułańskiej fantazji
Pewien wrześniowy mit przylgnął do nas tak skutecznie, że nadawałby się na coś w rodzaju polskiego logo. Można go przedstawić za pomocą niezwykle prostego piktogramu. Polska szabla skrzyżowana z lufą niemieckiego czołgu. A proste wzory są przecież łatwe do rozpoznania.
Przyczynił się do tego zresztą sam wielki Andrzej Wajda. W powstałym w 1959 roku filmie „Lotna” reżyser umieścił niezapomnianą scenę, w której widać kawalerzystę szarżującego na niemiecką kolumnę pancerną. Wajda oczywiście wcale nie miał zamiaru ośmieszać bohaterów polskiego września. Ułanem był przecież jego, zamordowany później w Katyniu, ojciec. Mistrz filmowej alegorii w tym jednym desperackim geście zapragnął po prostu zmieścić opowieść o końcu pewnej epoki. Oto polski szlachcic, z szablą w ręku po raz ostatni stawia czoła Złu. Idzie na pewną śmierć, bo rozumie, że nie ma dla niego miejsca w świecie czołgów. Jedyne co może zrobić, to odejść z taką samą fantazją, z jaką jego dziadkowie przegrywali kolejne powstania. Obraz ten w takim stopniu utkwił w zbiorowej świadomości kinomanów na całym świecie, że do dzisiaj na poświęconej historii II wojny światowej stronie portalu BBC można przeczytać, że we wrześniu 1939 roku „12 polskich dywizji to uzbrojona w lance i szable kawaleria, która nie była w stanie poradzić sobie z czołgami”. Ma się to tak samo do rzeczywistości, jak to, że Brytyjczycy samodzielnie złamali kod Enigmy.
Kawalerzyści jak komandosi
We wrześniu 1939 Polska dysponowała 11 brygadami kawalerii, a nie 12 dywizjami. W dodatku formacje te były przeznaczone do zupełnie innych zadań, niż się to wydaje „historykom” BBC.
Już podczas wojny z bolszewikami w 1920 roku polscy dowódcy przekonali się, że wojna pozycyjna, taka jak ta, która skończyła się w Europie dwa lata wcześniej, to już historia. Dlatego też, w czasie gdy nasi sojusznicy, czyli Wielka Brytania i Francja, wciąż ćwiczyli walkę w okopach i przygotowywali się do zastosowania takiej samej taktyki, jak podczas bitwy pod Sommą czy Verdun, polskie wojsko szykowało się do wojny manewrowej, w której najważniejszą rolę miała odegrać umiejętność szybkiego przemieszczania się.
Taktyka, którą stosowali polscy ułani, przypominała bardziej tę, którą obecnie stosuje kawaleria powietrzna. Jedyna różnica polegała na tym, że w 1939 zamiast helikopterów używane były konie. Kiedy żołnierze docierali na pole walki, zsiadali z nich i do boju ruszali na piechotę. Podczas kampanii wrześniowej oddziały te wykazały się bardzo wysoką skutecznością i dzięki swej mobilności wielokrotnie zdołały spowolnić niemiecką machinę wojenną.
Wbrew pozorom polska kawaleria wcale nie była też bezbronna w konfrontacji z czołgami. Ułani wyposażeni byli w polskiej produkcji karabiny przeciwpancerne UR i nowoczesne lekkie przeciwpancerne armaty Bofors 37 mm. Zarówno jedne jak i drugie były w stanie spenetrować bez problemu pancerz wszystkich używanych w tym czasie przez Niemców pojazdów. Wermacht przekonał się o tym już pierwszego dnia wojny, kiedy pod Mokrą jedna brygada kawalerii przez cały dzień skutecznie powstrzymywała całą pancerną dywizję, wspieraną dodatkowo przez Stukasy. W trakcie bitwy Niemcy stracili ponad 1000 żołnierzy oraz 150 czołgów i samochodów pancernych. Polskie straty wyniosły 500 żołnierzy, 5 dział, 4 armatki przeciwpancerne i 300 koni.
W trakcie całej kampanii wrześniowej polska kawaleria ani razu nie zaatakowała konno niemieckich czołgów czy okopanych jednostek niemieckiej piechoty. Kilkanaście razy decydowano się za to na szarżę, kiedy w okolicy odkryto nieprzygotowane do obrony oddziały wroga. Co ciekawe widok nadjeżdżających w pełnym galopie polskich ułanów wywoływał w Niemcach taką panikę, że za każdym razem porzucali broń i ruszali do ucieczki. Ci, którym udało się przetrwać, potem przez wiele dni, wszędzie widzieli nadciągającą polską jazdę.
Narodziny mitu
Najsłynniejsza wrześniowa szarża miała miejsce 1 września pod Krojantami. Polska jazda, przekonana o tym, że atakuje jedynie batalion odpoczywającej niemieckiej piechoty, dostała się pod ogień karabinów maszynowych zamaskowanych samochodów pancernych. W efekcie śmierć poniosło 25 polskich ułanów. Natychmiast po bitwie Niemcy sprowadzili na jej pole swoje czołgi i porozstawiali je pomiędzy ciałami poległych Polaków i ich zabitych koni. Dopiero potem na miejsce zaproszeni zostali dziennikarze, wśród których znajdował się włoski korespondent Indro Montanelli. Przejęty tym, co zobaczył, Włoch „na kolanie” napisał artykuł o tym, jak to bohaterscy i odważni polscy żołnierze z szablami w rękach stawiają czoła niemieckim tankom. Za włoską prasą piękną i chwytającą za serce historię powtórzyły gazety na całym świecie. I tak oto narodził się mit, który 20 lat później podchwycił pewien młody, zafascynowany ideą równości i braterstwa reżyser.
Jakub Ryszko
Wasze komentarze (1)
Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.