Hasło „łatwy zarobek, dobra kasa” zazwyczaj oznacza kłopoty, niezależnie od tego, czego zadnie będzie dotyczyć. Każdemu doświadczonemu widzowi powinna się zapalić czerwona lampka. Niestety, nie bohaterom filmu – nawet gdy tą łatwizną ma być pozbycie się trzech osób.
Lista jest krótka, a zadanie wydaje się być dziecinnie proste. Tym bardziej, że wykonawcą ma być były żołnierz, który próbuje odnaleźć się po powrocie z wojny i desperacko potrzebuje pieniędzy. W takich chwilach zapomina się jednak, że diabeł tkwi w szczegółach.
Film rozpoczyna się w konwencji bardzo czarnej komedii. Jay (Neil Maskell) po kilku miesiącach bezrobocia popada w marazm i kłopoty finansowe. Jego żona (MyAnna Buring) ponagla go, by znalazł sobie pracę. W porę zjawia się jego kolego z wojska, Gal (Michael Smiley), który szuka wspólnika. Ma listę z nazwiskami trzech osób do sprzątnięcia. Wystarczy podpisać kontrakt własną krwią z dość podejrzanym typem.
Dwóch dość gamoniowatych panów, motywowanych słusznością sprawy („bo to źli ludzie byli”) rusza do pracy i dopiero przy drugiej ofierze zaczynają się zastanawiać. Dlaczego człowiek, któryma zostać zabity, dziękuje z całego serca swoim oprawcom? Kim są osoby z listy? Dlaczego nagle pojawia się kolejne zadanie i co ma ono wspólnego z poprzednimi? W miarę jak pojawia się coraz więcej pytań i wątpliwości, atmosfera zaczyna gęstnieć. Wydarzenia zaczynają nabierać drugiego znaczenia.
Bohaterowie wplątali się na własne życzenie w coś, co trudno do końca pojąć racjonalnym myśleniem. Śmiech definitywnie znika widzom z twarzy. Zastępuje go przerażenie i trwoga. Film przeistacza się w trzymający w napięciu horror. Taki będzie finałowy akt, który wyjaśni większość wątpliwości, ale i tak większość szczęk opadnie z wrażenia.
Ben Wealthey świetnie manipuluje nastrojem, łącząc różne gatunkowe klisze w jedną całość. Serwując publiczności kolejne zwroty akcji w najmniej spodziewanych momentach dba o to, żebyśmy akcję śledzili z coraz większym zainteresowaniem. Twórca nie boi się zbaczać na metafizyczne tereny bliskie Davidowi Lynchowi, bo mocno przy ziemi całość trzymają postaci. Ich charaktery, język, dialogi – są bardzo naturalne.
„Kill List” to bardzo brytyjski film, który nie jest ani pastiszem spod ręki Pegg/Frost, ani gangsterskim freskiem w stylu Guy’a Richie. To mocno osadzone w kinie gatunków dzieło, sięgające dolat 70., złotego kresu brytyjskich horrorów. Duża niespodzianka i kolejne nazwisko w grupie obiecujących, młodych reżyserów z Wielkiej Brytanii.
Radosław Folta
„Kill List”, Wielka Brytania 2011
W kinach od 2 września,
dla widzów powyżej 18 lat
Kill List. Uśmiech znika z twarzy
Wtorek, 13 września 2011 10:44Hasło „łatwy zarobek, dobra kasa” zazwyczaj oznacza kłopoty, niezależnie od tego, czego zadnie będzie dotyczyć. Każdemu doświadczonemu widzowi powinna się zapalić czerwona lampka. Niestety, nie bohaterom filmu – nawet gdy tą łatwizną ma być pozbycie się trzech osób.
Lista jest krótka, a zadanie wydaje się być dziecinnie proste. Tym bardziej, że wykonawcą ma być były żołnierz, który próbuje odnaleźć się po powrocie z wojny i desperacko potrzebuje pieniędzy. W takich chwilach zapomina się jednak, że diabeł tkwi w szczegółach.
Film rozpoczyna się w konwencji bardzo czarnej komedii. Jay (Neil Maskell) po kilku miesiącach bezrobocia popada w marazm i kłopoty finansowe. Jego żona (MyAnna Buring) ponagla go, by znalazł sobie pracę. W porę zjawia się jego kolego z wojska, Gal (Michael Smiley), który szuka wspólnika. Ma listę z nazwiskami trzech osób do sprzątnięcia. Wystarczy podpisać kontrakt własną krwią z dość podejrzanym typem.
Dwóch dość gamoniowatych panów, motywowanych słusznością sprawy („bo to źli ludzie byli”) rusza do pracy i dopiero przy drugiej ofierze zaczynają się zastanawiać. Dlaczego człowiek, któryma zostać zabity, dziękuje z całego serca swoim oprawcom? Kim są osoby z listy? Dlaczego nagle pojawia się kolejne zadanie i co ma ono wspólnego z poprzednimi? W miarę jak pojawia się coraz więcej pytań i wątpliwości, atmosfera zaczyna gęstnieć. Wydarzenia zaczynają nabierać drugiego znaczenia.
Bohaterowie wplątali się na własne życzenie w coś, co trudno do końca pojąć racjonalnym myśleniem. Śmiech definitywnie znika widzom z twarzy. Zastępuje go przerażenie i trwoga. Film przeistacza się w trzymający w napięciu horror. Taki będzie finałowy akt, który wyjaśni większość wątpliwości, ale i tak większość szczęk opadnie z wrażenia.
Ben Wealthey świetnie manipuluje nastrojem, łącząc różne gatunkowe klisze w jedną całość. Serwując publiczności kolejne zwroty akcji w najmniej spodziewanych momentach dba o to, żebyśmy akcję śledzili z coraz większym zainteresowaniem. Twórca nie boi się zbaczać na metafizyczne tereny bliskie Davidowi Lynchowi, bo mocno przy ziemi całość trzymają postaci. Ich charaktery, język, dialogi – są bardzo naturalne.
„Kill List” to bardzo brytyjski film, który nie jest ani pastiszem spod ręki Pegg/Frost, ani gangsterskim freskiem w stylu Guy’a Richie. To mocno osadzone w kinie gatunków dzieło, sięgające dolat 70., złotego kresu brytyjskich horrorów. Duża niespodzianka i kolejne nazwisko w grupie obiecujących, młodych reżyserów z Wielkiej Brytanii.
Radosław Folta
„Kill List”, Wielka Brytania 2011
W kinach od 2 września,
dla widzów powyżej 18 lat
Wasze komentarze
Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.