W Polsce być może zespoły ludowe, takie jak „Śląsk”, wciąż jeszcze kojarzą się z niesławną Cepelią i nakazowo rozdzielczą kulturą masową, za granicą jednak pasiaste sukienki i skoczne przyśpiewki sprzedają się nadzwyczaj dobrze. Dla mieszkających na Wyspach Polaków koncert artystów z Koszęcina w Southampton będzie również okazją na kontakt z rodzimą kulturą.
Tak jak filmy Kazimierza Kutza ukształtowały obraz Śląska, tak pieśni, które stały się znakiem rozpoznawczym zespołu „Śląsk”, takie jak „Karolinka” czy „Starzyk”, nieodłącznie kojarzą się każdemu Polakowi z tym regionem kraju. Nie każdy jednak wie, że w czasach PRL-u repertuar zespołu stale był pod lupą cenzury. „Śląsk” nie mógł zaśpiewać piosenki, w której „kury, gęsi i zielone kaczki nie chciały znosić jajek”.
Jak wspominał Zdzisław Pyzik, autor słów wielu piosenek zespołu „Śląsk”, trzeba było też zmienić słowa „Karlika”. Nie do przełknięcia była kwestia: „Karliku, Karliku, dobra kasza na mleku, ale lepsza bywała, kiedy w maśle pływała”. Uznano ją za pochwałę sanacji. I dlatego „Śląsk” zaczął śpiewać: „Karliku, Karliku, co tam niesiesz w koszyku”. I tak śpiewa do dziś.
W żartobliwej anegdocie przeszedł do historii jeden z występów „Śląska” w Szanghaju, na który przyszli polscy marynarze z zacumowanego u wybrzeży statku „Szymanowski”. Występ tak im się spodobał, że po jego zakończeniu zaczęli krzyczeć: „Mało, mało!” Po chwili cała widownia skandowała: „Mao! Mao!”, a po koncercie miejscowa prasa rozpisywała się, jak to wielka sztuka wspiera politykę.
Lepsi niż „Metro”
Zespół regularnie występuje między innymi w Ameryce. Przed pięciu laty dał koncerty w Beacon Theatre na Broadwayu, co było drugim przypadkiem polskiej obecności na nowojorskich scenach musicalowych, po przedstawieniu „Metro”. Jednak występ w Beacon Theatre w odróżnieniu od „Metra” zakończył się pełnym sukcesem, a „Śląsk” jako jedyny dotąd polski zespół zdobył ten artystyczny Mount Everest.
Okazuje się, że równie wielką popularnością śląski folklor cieszy się po drugiej stronie Pacyfiku. I to do tego stopnia, że spopularyzowana przez zespół z Koszęcina śląska piosenka „Szładzieweczka do laseczka” stała się niemal drugim hymnem Japończyków. W czasie jednego z niedawnych pobytów „Śląska” w Kraju Kwitnącej Wiśni szalały trzy tajfuny. Dwa z nich deptały po piętach polskim artystom podczas liczącej ponad sześć tysięcy kilometrów trasy, ale dopiero trzeci tajfun pokrzyżował nieco plany zespołu.
Tokage (Jaszczur) uwięził „Śląsk” na trzy dni na wyspie Tsushima. Trzeba było odwołać ostatni z zaplanowanych koncertów. Dopiero gdy wysoka fala opadła, zespół mógł opuścić wyspę i powrócić szczęśliwie do kraju. To doświadczenie z żywiołem, jakim jest wiatr, przydało się artystom „Śląska” w ubiegłym roku, gdy ich autokar, którym wracali z koncertu, porwała pod Częstochową trąba powietrzna. Film, jaki nakręcił jeden z artystów z tego mrożącego krew w żyłach zdarzenia, był emitowany we wszystkich serwisach telewizyjnych w kraju.
Anglia nie pierwszy już raz
Zespół z powodzeniem koncertował także w Wielkiej Brytanii. Po pierwszym występie w Londynie w 1961 roku generał Anders publicznie powiedział: „Oto skrawek wolnej Polski ze zniewolonejOjczyzny”. W 1964 roku zespół przez cztery tygodnie występował w Teatrze Królewskim Drury Lane w Londynie. Jak pisano wówczas w polskich gazetach, takich wybuchów entuzjazmu dawnonie oglądały dostojne mury okazałego teatru.
Członkowie chóru i baletu występowali podczas koncertów z angielską orkiestrą, która miała nieco kłopotu z opanowaniem poszczególnych utworów. Do samego końca pobytu „Śląska” w brytyjskiej stolicy, angielski trębacz miał na przykład problem z zagraniem wojskowej pobudki granej w trakcie mazura, niemiłosiernie ją fałszując.
Szczególne uznanie polskim artystom okazywał królewski balet „Covent Garden”, zapraszając „Śląsk” na swoje próby. O tym bezprecedensowym wydarzeniu donosiła nawet brytyjska prasa. Po raz kolejny „Śląsk” odwiedził Anglię w 1977 roku, ostatni raz tańczył i śpiewał na Wyspach siedemnaście lat temu, w 1994 roku.
* * *
Historię zespołu tworzą przygody i anegdoty, jednak przede wszystkim „Śląsk” to fenomen artystyczny. Składają się nań: doskonałe brzmienie chóru, bogata instrumentacja, świetny balet, dyscyplina i porządek na scenie. A przede wszystkim świeżość, żywiołowość, radość życia, wdzięk, elegancja – cechy wypracowane przez pierwszych członków zespołu i przekazywane kolejnym pokoleniom tancerzy i śpiewaków.
To dzięki temu widowiska „Śląska” są nadal tak współczesne. A każda z kilkunastu propozycji programowych zespołu – koncerty i widowiska tematyczne oparte na pieśniach, tańcach, muzyce ludowej i narodowej, a także gawędach, kolędach, polskiej i światowej muzyce klasycznej – jest artystycznym wydarzeniem.
Źródło: GP 386
„Śląsk” – ambasadorzy polskiej kultury
Poniedziałek, 01 sierpnia 2011 23:43W Polsce być może zespoły ludowe, takie jak „Śląsk”, wciąż jeszcze kojarzą się z niesławną Cepelią i nakazowo rozdzielczą kulturą masową, za granicą jednak pasiaste sukienki i skoczne przyśpiewki sprzedają się nadzwyczaj dobrze. Dla mieszkających na Wyspach Polaków koncert artystów z Koszęcina w Southampton będzie również okazją na kontakt z rodzimą kulturą.
Tak jak filmy Kazimierza Kutza ukształtowały obraz Śląska, tak pieśni, które stały się znakiem rozpoznawczym zespołu „Śląsk”, takie jak „Karolinka” czy „Starzyk”, nieodłącznie kojarzą się każdemu Polakowi z tym regionem kraju. Nie każdy jednak wie, że w czasach PRL-u repertuar zespołu stale był pod lupą cenzury. „Śląsk” nie mógł zaśpiewać piosenki, w której „kury, gęsi i zielone kaczki nie chciały znosić jajek”.
Jak wspominał Zdzisław Pyzik, autor słów wielu piosenek zespołu „Śląsk”, trzeba było też zmienić słowa „Karlika”. Nie do przełknięcia była kwestia: „Karliku, Karliku, dobra kasza na mleku, ale lepsza bywała, kiedy w maśle pływała”. Uznano ją za pochwałę sanacji. I dlatego „Śląsk” zaczął śpiewać: „Karliku, Karliku, co tam niesiesz w koszyku”. I tak śpiewa do dziś.
W żartobliwej anegdocie przeszedł do historii jeden z występów „Śląska” w Szanghaju, na który przyszli polscy marynarze z zacumowanego u wybrzeży statku „Szymanowski”. Występ tak im się spodobał, że po jego zakończeniu zaczęli krzyczeć: „Mało, mało!” Po chwili cała widownia skandowała: „Mao! Mao!”, a po koncercie miejscowa prasa rozpisywała się, jak to wielka sztuka wspiera politykę.
Lepsi niż „Metro”
Zespół regularnie występuje między innymi w Ameryce. Przed pięciu laty dał koncerty w Beacon Theatre na Broadwayu, co było drugim przypadkiem polskiej obecności na nowojorskich scenach musicalowych, po przedstawieniu „Metro”. Jednak występ w Beacon Theatre w odróżnieniu od „Metra” zakończył się pełnym sukcesem, a „Śląsk” jako jedyny dotąd polski zespół zdobył ten artystyczny Mount Everest.
Okazuje się, że równie wielką popularnością śląski folklor cieszy się po drugiej stronie Pacyfiku. I to do tego stopnia, że spopularyzowana przez zespół z Koszęcina śląska piosenka „Szładzieweczka do laseczka” stała się niemal drugim hymnem Japończyków. W czasie jednego z niedawnych pobytów „Śląska” w Kraju Kwitnącej Wiśni szalały trzy tajfuny. Dwa z nich deptały po piętach polskim artystom podczas liczącej ponad sześć tysięcy kilometrów trasy, ale dopiero trzeci tajfun pokrzyżował nieco plany zespołu.
Tokage (Jaszczur) uwięził „Śląsk” na trzy dni na wyspie Tsushima. Trzeba było odwołać ostatni z zaplanowanych koncertów. Dopiero gdy wysoka fala opadła, zespół mógł opuścić wyspę i powrócić szczęśliwie do kraju. To doświadczenie z żywiołem, jakim jest wiatr, przydało się artystom „Śląska” w ubiegłym roku, gdy ich autokar, którym wracali z koncertu, porwała pod Częstochową trąba powietrzna. Film, jaki nakręcił jeden z artystów z tego mrożącego krew w żyłach zdarzenia, był emitowany we wszystkich serwisach telewizyjnych w kraju.
Anglia nie pierwszy już raz
Zespół z powodzeniem koncertował także w Wielkiej Brytanii. Po pierwszym występie w Londynie w 1961 roku generał Anders publicznie powiedział: „Oto skrawek wolnej Polski ze zniewolonejOjczyzny”. W 1964 roku zespół przez cztery tygodnie występował w Teatrze Królewskim Drury Lane w Londynie. Jak pisano wówczas w polskich gazetach, takich wybuchów entuzjazmu dawnonie oglądały dostojne mury okazałego teatru.
Członkowie chóru i baletu występowali podczas koncertów z angielską orkiestrą, która miała nieco kłopotu z opanowaniem poszczególnych utworów. Do samego końca pobytu „Śląska” w brytyjskiej stolicy, angielski trębacz miał na przykład problem z zagraniem wojskowej pobudki granej w trakcie mazura, niemiłosiernie ją fałszując.
Szczególne uznanie polskim artystom okazywał królewski balet „Covent Garden”, zapraszając „Śląsk” na swoje próby. O tym bezprecedensowym wydarzeniu donosiła nawet brytyjska prasa. Po raz kolejny „Śląsk” odwiedził Anglię w 1977 roku, ostatni raz tańczył i śpiewał na Wyspach siedemnaście lat temu, w 1994 roku.
* * *
Historię zespołu tworzą przygody i anegdoty, jednak przede wszystkim „Śląsk” to fenomen artystyczny. Składają się nań: doskonałe brzmienie chóru, bogata instrumentacja, świetny balet, dyscyplina i porządek na scenie. A przede wszystkim świeżość, żywiołowość, radość życia, wdzięk, elegancja – cechy wypracowane przez pierwszych członków zespołu i przekazywane kolejnym pokoleniom tancerzy i śpiewaków.
To dzięki temu widowiska „Śląska” są nadal tak współczesne. A każda z kilkunastu propozycji programowych zespołu – koncerty i widowiska tematyczne oparte na pieśniach, tańcach, muzyce ludowej i narodowej, a także gawędach, kolędach, polskiej i światowej muzyce klasycznej – jest artystycznym wydarzeniem.
Źródło: GP 386Wasze komentarze
Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.